Podró­żo­wa­li­śmy już w róż­ny spo­sób: samo­lo­ta­mi, lokal­ny­mi auto­bu­sa­mi, łodzia­mi, sku­te­ra­mi, tuk-tuka­mi, ale noc­nym pocią­giem jesz­cze nie jecha­li­śmy. Dla dzie­ci zapo­wia­da­ła się ogrom­na fraj­da, tym bar­dziej, że podróż odby­wa­ła się nocą i zano­si­ło się na spa­nie w prze­dzia­le. Z Bang­ko­ku do Chiang Mai jest ok. 700 kilo­me­trów, a podróż trwa 12 godzin.

dzieci w pociągu tablica na pociągu

ZAKUP BILETÓW
Zakup bile­tów zajął nam tro­chę cza­su. Obej­rze­li­śmy przy­go­to­wa­ne dla cudzo­ziem­ców kata­lo­gi ze zdję­cia­mi pocią­gów. Musie­li­śmy pod­jąć kil­ka decy­zji: któ­rą kla­sę wybrać — pierw­szą, dru­gą czy trze­cią, pociąg „Sprin­ter” czy „Express”, ale jaka jest róż­ni­ca mię­dzy tymi pocią­ga­mi? Bile­ty nale­ża­ło zare­zer­wo­wać 2 — 3 dni wcze­śniej przed pla­no­wa­ną podró­żą. To waż­ne, gdyż pod koniec tygo­dnia, a zwłasz­cza przed taj­ski­mi świę­ta­mi, pocią­gi są wypeł­nio­ne po brze­gi.

JEDZIEMY NA DWORZEC
Ku nasze­mu zdzi­wie­niu, Dwo­rzec Hua Lam­phong, skąd odjeż­dżał nasz pociąg, był urzą­dzo­ny w sty­lu wło­skie­go rene­san­su: ma drew­nia­ną kon­struk­cję dachu i kolo­ro­we szy­by w oknach. Od 2004 r. jest połą­czo­ny z sie­cią metra i sta­no­wi ser­ce taj­landz­kiej sie­ci kole­jo­wej.
Wszę­dzie tłu­my ludzi — Tajo­wie podró­żu­ją­cy cały­mi rodzi­na­mi, mni­si w poma­rań­czo­wych sza­tach wyglą­da­ją­cy jak z posta­ci z innej baj­ki, wie­lu obco­kra­jow­ców, prze­waż­nie mło­dych ludzi z ple­ca­ka­mi, ale też pary euro­pej­skich eme­ry­tów, któ­rzy zamiast stać w kolej­kach do leka­rzy, podró­żu­ją po Taj­lan­dii.
Pach­nie przy­go­dą. Zresz­tą… nam wszę­dzie pach­nie przy­go­dą. Szcze­gól­nie dzie­cia­kom, któ­re nie muszą się mar­twić o bile­ty, auto­bu­sy, pro­wiant, zagu­bie­nie, tra­fie­nie i Bóg wie, co jesz­cze.

dworzec

W POCIĄGU
Pola i Michał na widok meta­lo­wych kon­struk­cji ska­ka­li z góry na dół, z dołu na górę… i tak w kół­ko. My zabez­pie­cza­li­śmy baga­że przed ewen­tu­al­ną kra­dzie­żą – spię­li­śmy razem ple­ca­ki i zało­ży­li­śmy pokrow­ce. Zanim pociąg wyje­chał ze sta­cji, prze­szło przez wagon kil­ku sprze­daw­ców ryżu, owo­ców, wody i pamią­tek, a ulicz­ni graj­ko­wie na gościn­nych wystę­pach w pocią­gu zbie­ra­li pie­nią­dze.
Oooodd­dja­azd !!! — tak mi to w każ­dym razie zabrzmia­ło, mimo że było po taj­sku.

 dzieci zawieszone  dzieci w pociągu

W całym wago­nie pano­wa­ła epo­ka lodow­co­wa, przez włą­czo­ne na cały regu­la­tor wen­ty­la­to­ry, a obsłu­ga nic sobie z tego nie robi­ła… Taki mają kli­mat. Zim­no – gorą­cy. Dobrze, że mie­li­śmy ze sobą cie­płe ubra­nia.
A ruch jak na Mar­szał­kow­skiej. Naj­pierw cho­dzi­ła pani zbie­ra­ją­ca zamó­wie­nia na jedze­nie. Wrę­czy­ła nam ulot­kę z posił­ka­mi, w języ­ku taj­skim, i usi­ło­wa­ła namó­wić nas na obiad i śnia­da­nie. Nic nie zamó­wi­li­śmy, bo byli­śmy dobrze zaopa­trze­ni: mie­li­śmy szasz­ły­ki z kur­cza­ka, ryż, owo­ce, sło­dy­cze i zim­ne napo­je. Nie jeste­śmy nie­miec­ki­mi eme­ry­ta­mi i liczy­my się z kosz­ta­mi. Ha – czło­wiek nie czu­je, kie­dy rymu­je.
Cią­gle ktoś prze­cho­dził, naj­czę­ściej obsłu­ga pocią­gu, oraz pasa­że­ro­wie piel­grzy­mu­ją­cy do toa­le­ty.
Chy­ba mają roba­ki… mogli­by już usiąść — mru­cza­łam pod nosem.
Gdy patrzy­łam, ilu ludzi prze­cho­dzi­ło koło naszych ple­ca­ków, zaczę­łam się oba­wiać, że nie zmru­żę oka ani na chwi­lę. Chy­ba będę czu­wać.
— Tak, pokrow­ce na ple­ca­ki to był zde­cy­do­wa­nie dobry pomysł – pomy­śla­łam i za moment odpły­nę­łam w kie­run­ku marzeń sen­nych.
Nie trwa­ło to dłu­go, bo wła­śnie nastą­pił kul­mi­na­cyj­ny punkt pro­gra­mu: obsłu­ga pocią­gu zaczę­ła roz­kła­dać i ście­lić łóż­ka. W pakie­cie dosta­li­śmy powle­czo­ne koce i podusz­ki. Łóż­ka jak to łóż­ka — są dol­ne i są gór­ne. Dol­ne są z okna­mi i nie moż­na z nich spaść, a jak się spad­nie, to się nie poobi­ja. Zawie­sza­ne są też nie­bie­skie zasłon­ki, któ­re pozwa­la­ją na odgro­dze­nie się od kory­ta­rza.

pan ścielacz   pan ścieli na dole
Bile­ty na dol­ne łóż­ka są odro­bi­nę droż­sze niż na gór­ne. My wyku­pi­li­śmy dwa dol­ne z uwa­gi na fakt, że podró­żo­wa­li­śmy z dzieć­mi. Pod­czas zaku­pu bile­tu kasjer­ka wyja­śni­ła nam, że zgod­nie z regu­la­mi­nem dzie­ci nie mogą spać na gór­nych łóż­kach. Woow! Dba­ją tu o bez­pie­czeń­stwo naj­młod­szych pasa­że­rów – byli­śmy pod dużym wra­że­niem.
Czas na wie­czor­ną toa­le­tę. Paweł poszedł z dzieć­mi umyć zęby, a ja szy­ko­wa­łam piża­my. Pola i Michał wró­ci­li tro­chę pooble­wa­ni wodą, bo cięż­ko im było myć się w pędzą­cym i trzę­są­cym się pocią­gu. Byli­śmy prze­bra­ni, naje­dze­ni i goto­wi na sen, któ­ry nie przy­cho­dził… z emo­cji, bo tyle się tu dzia­ło. Pościel świe­żo pach­nia­ła. Odro­bi­nę pry­wat­no­ści zapew­nia­ły nam zasło­ny, któ­re chro­ni­ły przed cie­kaw­skim wzro­kiem podróż­nych i świa­tła­mi wago­nu. Pola spa­ła ze mną, a Michał z tatą. Łóż­ka były dłu­gie, więc moż­na było wypro­sto­wać nogi. Pola odkry­ła świa­teł­ko koło łóż­ka i zaczę­ło się pstry­ka­nie. Na czy­ta­nie tro­chę było za ciem­no, więc pozo­sta­ło patrzeć przez okno na świa­tła mija­nych wsi i mia­ste­czek

za zasłonką    synek śpi

Pociąg zatrzy­mał się na pierw­szej sta­cji. No i po spa­niu w tym sle­epin­gu! Do prze­dzia­łu wpa­dli sprze­daw­cy wszyst­kie­go. Co praw­da prze­miesz­cza­li się w towa­rzy­stwie pra­cow­ni­ka ochro­ny, ale robi­li spo­ro hała­su. Pociąg zatrzy­my­wał się na kil­ku sta­cjach, więc budzi­łam się za każ­dym razem i spo­glą­da­łam na nasz bagaż – czy nikt się nim nie inte­re­su­je. Trud­no było spać rów­nież dla­te­go, że na kory­ta­rzu przez całą noc było włą­czo­ne świa­tło, któ­re prze­dzie­ra­ło się przez szpa­ry w zasłon­ce i łasko­ta­ło po oczach. Za to dzie­ciom nic nie prze­szka­dza­ło, spa­ły jak anioł­ki. I wca­le nie mar­twi­ły się ple­ca­ka­mi.
KAAAAAWA, HEEEERBATA! ŚNIAAADANIE!
Ten bez­ce­re­mo­nial­ny okrzyk kobie­ty sprze­da­ją­cej posił­ki wyrwał mnie i więk­szość pasa­że­rów ze snu. Typo­wy mar­ke­ting krzy­cza­ny! Ale o pią­tej rano?! Lito­ści!
Pani od posił­ków była wyjąt­ko­wo nachal­na. Kie­dy trzy razy w cią­gu pię­ciu minut spy­ta­ła, czy chce­my kawę, czy her­ba­tę, Paweł w koń­cu nie wytrzy­mał i zwró­cił jej uwa­gę. A może nie trze­ba było nic mówić… Może był nie­grzecz­ny?

Roba­le w sło­no – ostrej gla­zu­rze
Dzie­ci rów­nież się obu­dzi­ły. Zaczę­li­śmy roz­ma­wiać z parą mło­dych ludzi z Szan­gha­ju. Oni poczę­sto­wa­li nas lokal­ny­mi spe­cja­ła­mi. My ich naszy­mi szasz­ły­ka­mi. Na koniec zapro­po­no­wa­li nam na deser coś, co wyglą­da­ło jak cukier­ki. Zapa­ko­wa­ne w kolo­ro­wy celo­fan. Oka­za­ło się, że były to jakieś roba­le w sło­no – ostrej gla­zu­rze. Paweł schru­pał i uśmiech­nął się.
 Bar­dzo dobre – stwier­dził, patrząc pro­sto w oczy naszym zna­jo­mym.
Jakie­go mam grzecz­ne­go i miłe­go męża! Scho­wa­łam „cukie­rek” do kie­sze­ni, dając do zro­zu­mie­nia, że zosta­wiam sobie na póź­niej. Mam swo­je zasa­dy. Roba­le jadam tyl­ko po obie­dzie.
Obsłu­ga pocią­gu wzię­ła się za ście­le­nie łóżek i po kolei wyga­nia­ła nas z prze­dzia­łów, by dopro­wa­dzić wagon do porząd­ku. Od krzy­kli­wej pani kupi­li­śmy kawę, by się tro­chę dobu­dzić.
Z Polą i Micha­łem wyru­szy­li­śmy na zwie­dza­nie pocią­gu, prze­ska­ku­jąc mię­dzy wor­ka­mi z poście­lą, poko­nu­jąc huczą­ce i dygo­czą­ce przej­ścia mię­dzy wago­na­mi i wzbu­dza­jąc zain­te­re­so­wa­nie współ­pa­sa­że­rów.

rano w pociągu synek z pościelą
Mimo wszyst­ko, podróż minę­ła bły­ska­wicz­nie i nie­zwy­kle kom­for­to­wo… dla naszych dzie­ci. Prze­jażdż­ka wago­nem sypial­nym była dla Poli i Micha­ła nowym i eks­cy­tu­ją­cym prze­ży­ciem 😊.
Do Chiang Mai dotar­li­śmy punk­tu­al­nie. Dwo­rzec znaj­do­wał się poza cen­trum, więc do mia­sta dosta­li­śmy się popu­lar­nym tutaj środ­kiem trans­por­tu: czer­wo­nym pick-upem, tzw. song­tha­ew, w któ­rym na pace zro­bio­ne są spe­cjal­ne sie­dze­nia. Hotel zna­leź­li­śmy bar­dzo bli­sko Sta­re­go Mia­sta, w pobli­żu tar­gu z prze­pysz­nym jedze­niem.
Mia­sto nas ocza­ro­wa­ło.
O tym, jak spę­dzi­li­śmy tutaj czas, opo­wie­my Wam już nie­ba­wem.