Pod­czas nasze­go poby­tu w Yogy­akar­ta w Indo­ne­zji, zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy sobie wyciecz­kę 1-dnio­wą do świą­ty­ni Boro­bu­dur. To kla­sycz­na wypra­wa, obo­wiąz­ko­wy punkt pro­gra­mu w trak­cie wizy­ty w Yogya czę­sto łączo­ny z wizy­tą w Pram­ba­nan.

Boro­bu­dur to bud­dyj­ska per­ła kul­tu reli­gij­ne­go. Gdy zoba­czy­li­śmy w prze­wod­ni­kach cha­rak­te­ry­stycz­ne kamien­ne dzwo­ny i posą­gi Bud­dy w połą­cze­niu z nie­sa­mo­wi­ty­mi wprost kolo­ra­mi wscho­dzą­ce­go słoń­ca to wła­śnie wte­dy posta­no­wi­li­śmy, że kie­dyś to zoba­czy­my o poran­ku. Poroz­ma­wia­li­śmy z Polą i Micha­łem mając oba­wy czy zaby­tek będzie dla nich atrak­cyj­ny, ale oka­za­ło się, że dzie­ci z entu­zja­zmem obej­rza­ły zdję­cia i opi­sy w prze­wod­ni­ku i posta­no­wi­li­śmy wspól­nie – zary­wa­my część nocy i jedzie­my o świ­cie!

Borobudur
Pho­to by San­der Wehkamp on Unsplash

JAK DOSTAĆ SIĘ DO BOROBUDURYOGYAKARTY?

- sku­te­rem (w wie­lu hote­lach moż­na je wypo­ży­czyć)

- lokal­ny­mi auto­bu­sa­mi z kil­ko­ma prze­siad­ka­mi

- wynaj­mu­jąc samo­chód

- lub wyku­pu­jąc wyciecz­kę w miej­sco­wej agen­cji tury­stycz­nej

Świą­ty­nia znaj­du­je się 42 km od Jogji. To dale­ko, więc wyna­ję­li­śmy auto z kie­row­cą. Bar­dzo wcze­snym ran­kiem, z przy­go­to­wa­nym pro­wian­tem wyru­szy­li­śmy na wyciecz­kę.  Chcie­li­śmy zdą­żyć przed tłu­ma­mi tury­stów.

BorobudurŚwią­ty­nia Boro­bu­dur to naj­więk­sza bud­dyj­ska świą­ty­nia znaj­du­ją­ca  się w Indo­ne­zji, naj­więk­szym muzuł­mań­skim kra­ju. W 1991 roku kom­pleks świą­tyn­ny został wpi­sa­ny na listę świa­to­we­go dzie­dzic­twa UNESCO. Pira­mi­dal­na kon­struk­cja świą­ty­ni odzwier­cie­dla bud­dyj­ską wizję świa­ta. Ma budo­wę tara­so­wą, na pię­ciu tara­sach dol­nych znaj­du­ją się relie­fy przed­sta­wia­ją­ce sce­ny z życia Bud­dy. Na trzech gór­nych  tara­sach koli­stych znaj­du­ją się 72 dago­by – a w każ­dej z nich znaj­du­je się figu­ra Bud­dy.

Dla bud­dy­stów Boro­bu­dur z indo­ne­zyj­skiej wyspy Jawa zna­czy tyle, co Jero­zo­li­ma dla chrze­ści­jan oraz żydów, a Mek­ka dla muzuł­ma­nów. Tysią­ce piel­grzy­mów przy­by­wa tu każ­de­go dnia, aby medy­to­wać w pozy­cji kwia­tu loto­su.

Cie­ka­wost­ką jest fakt, że przy budo­wie tego zdu­mie­wa­ją­ce­go dzie­ła archi­tek­tu­ry pra­co­wa­ło przez aż 75 lat oko­ło 30 tysię­cy kamie­nia­rzy i rzeź­bia­rzy oraz 15 tysię­cy ludzi trans­por­tu­ją­cych mate­ria­ły. Dro­ga dla piel­grzy­mów pro­wa­dzi od wscho­du. Chcąc unik­nąć dłu­giej kolej­ki, weszli­śmy od stro­ny hote­lu, któ­ry znaj­du­je się w pobli­żu świą­ty­ni.

DOJECHALIŚMY DO ŚWIĄTYNI

BorobudurDotar­li­śmy i przez chwi­lę sta­li­śmy jak wry­ci u stóp świą­ty­ni. Wyda­wa­ła się o-grom-na. Nie ma co, musie­li­śmy roz­po­cząć wspi­nacz­kę bo świą­ty­nia skła­da się z dzie­wię­ciu  tara­sów. Tu przy­po­mnia­ła nam się opi­nia z prze­wod­ni­ka reflek­sja ten cud archi­tek­to­nicz­ny jest nie­ste­ty sta­le zagro­żo­ny z powo­du nie­prze­wi­dy­wal­ne­go wul­ka­nu Mera­pi, któ­ry już nie raz w histo­rii przy­krył świą­ty­nię war­stwą popio­łu.

Pod­eks­cy­to­wa­ni poszli­śmy w kie­run­ku naj­więk­szej świą­ty­ni bud­dyj­skiej świa­ta. Nie oby­ło się po dro­dze  bez naga­by­wań sprze­daw­ców – może jakąś pamiąt­kę? albo pocz­tów­kę? a może mini świą­tyn­kę na  pre­zent…? Krę­ci­li­śmy prze­czą­co gło­wą na pyta­nia sprze­daw­ców i zmie­rza­li­śmy do tej dziw­nej pira­mi­dal­nej kon­struk­cji.

BorobudurŚwią­ty­nię obcho­dzi się kolej­no scho­da­mi przez coraz wyżej poło­żo­ne pię­tra, zgod­nie z ruchem wska­zó­wek zega­ra. Dostrze­gli­śmy, że każ­da rzeź­ba i każ­dy relief mają ści­śle okre­ślo­ne zna­cze­nie w całej kom­po­zy­cji. By wejść na szczyt musie­li­śmy poko­nać bar­dzo wyso­kie kamien­ne scho­dy. Pola i Michał ska­ka­ły po scho­dach jak łanie po kamie­niach doma­ga­jąc się co chwi­lę cze­goś słod­kie­go.  Naj­więk­sze wra­że­nie zro­bił na nas naj­wyż­szy poziom, gdzie znaj­do­wa­ło się  kil­ka­dzie­siąt bud­dyj­skich ażu­ro­wych stup (każ­da z zamknię­tym we wnę­trzu posa­giem bud­dy). Dzie­ci naj­bar­dziej zacie­ka­wi widok gigan­tycz­nych dzwo­nów. Pyta­ły: dla­cze­go żaden dzwon nie dzwo­ni?

Sie­dząc wśród posą­gów Bud­dy, czu­li­śmy dobrą ener­gię pro­mie­niu­ją­cą z tej budow­li, czu­li­śmy moc. Każ­dy metr kwa­dra­to­wy świą­ty­ni Boro­bu­dur poka­zy­wał, jak wie­le mister­nej pra­cy wło­żo­no w two­rze­nie tego nie­zwy­kłe­go miej­sca. Byli­śmy zauro­cze­ni nie tyl­ko samą budow­lą, ale tak­że pięk­nie zago­spo­da­ro­wa­nym i dobrze utrzy­ma­nym ogro­dem dooko­ła. Pogo­da tego dnia była pięk­na, więc sprzy­ja­ła zwie­dza­niu.

Borobudur
Pho­to by indra dewa on Unsplash

HELLO, CANHAVEPHOTO WITH YOU?

Oprócz nie­sa­mo­wi­tych wido­ków musie­li­śmy nasta­wić się psy­chicz­nie na to, że tury­ści są tam dla nie­któ­rych ludzi więk­szą atrak­cją niż sama świą­ty­nia.  Wie­dzie­li­śmy z poprzed­nich wizyt w Boro­bu­dur, że będzie­my więk­sza atrak­cją dla lokal­nych tury­stów niż sam zaby­tek. Przy­jeż­dża­ją tam wyciecz­ki szkol­ne, któ­re w pod­gru­pach zamę­cza­ją tury­stów o wspól­ne zdję­cie

Nie­ste­ty nie było nam łatwo zwie­dzać to miej­sce. Nie mogli­śmy w spo­ko­ju podzi­wiać jej atmos­fe­ry… gdyż co chwi­lę sły­sze­li­śmy:

- Czy mogę sobie zro­bić z wami zdję­cie?

Nasza cier­pli­wość zosta­ła wyczer­pa­na do gra­nic moż­li­wo­ści. Nie tyl­ko dzie­cia­ki, ale też doro­śli zacze­pia­li nas, pod­cho­dzi­li z tele­fo­na­mi pro­sząc o zro­bie­nie z nami foto. Inne oso­by zada­wa­ły, po raz set­ny dzi­siaj pyta­nia w sty­lu:

- Skąd jesteś?”

Sta­ra­li­śmy się grzecz­nie, ze spo­ko­jem odma­wiać robie­nia zdjęć, gdyż wyszli­śmy z zało­że­nia, że gdy pozwo­li­my to zro­bić jed­nej oso­bie, a za chwi­lę zle­ci się cała gru­pa. To była dobra decy­zja. W ramach nauki dzie­ci umó­wi­li­śmy się z Polą i Micha­łem, że dzie­ci same decy­do­wa­ły czy pozwo­lą komuś zro­bić im foto czy nie. Te doświad­cze­nia z podej­mo­wa­niem decy­zji były nauką, któ­ra sta­ła się stan­dar­dem w podob­nych sytu­acjach w kolej­nych podró­żach. Michał z Pola świet­nie odna­leź­li się w sytu­acji i byli goto­wi wziąć w swo­je ręce decy­zje o robie­niu zdjęć z obcy­mi w przy­szło­ści.

Tury­sty­ka reli­gij­na

U pod­nó­ża Boro­bu­dur usły­sze­li­śmy bęb­ny, poczu­li­śmy zapach kadzi­de­łek i zoba­czy­li­śmy wie­lu tury­stów krę­cą­cych się wokół roz­sta­wio­ne­go namio­tu. Odby­wa­ło się tam nabo­żeń­stwo dla bud­dy­stów. Na sto­łach usta­wio­no malut­kie pojem­nicz­ki z kwia­ta­mi. Tury­ści pod­cho­dzi­li do mni­chów i wrę­cza­li im dary – owo­ce, sło­dy­cze, napo­je. Nie uszły naszej uwa­dze poroz­sta­wia­ne z każ­dej stro­ny namio­tu tace na dat­ki i pta­ki w klat­kach. Cere­mo­nia wyglą­da­ła jak show dla tury­stów. Popa­trzy­li­śmy chwi­lę i zosta­wi­li­śmy roz­mo­dlo­nych tury­stów i cie­szą­cych się z darów mni­chów.

Po kil­ku­go­dzin­nym zwie­dze­niu  Świą­ty­ni Boro­bu­dur uda­li­śmy się do nasze­go wyna­ję­te­go auta. A nie było to łatwe zada­nie odna­leźć samo­chód na tak ogrom­nym par­kin­gu. Dro­ga na par­king jest popro­wa­dzo­na tak, by nie omi­nąć żad­ne­go stra­ga­nu, a było ich napraw­dę dużo.

Nagle usły­sze­li­śmy okrzyk rado­ści dzie­ci, zanie­po­ko­je­ni zaczę­li­śmy się roz­glą­dać … za drze­wa­mi sta­ło kil­ka sło­ni. To pierw­sze spo­tka­nie Poli i Micha­ła z tymi zwie­rzę­ta­mi. Sło­nie oczy­wi­ście w tym miej­scu mia­ły być płat­ną atrak­cją dla tury­stów. Wytłu­ma­czy­li­śmy Poli i Micha­ło­wi, że nie jest to miej­sce gdzie sło­nie żyją natu­ral­nie i zapew­ne nie są szczę­śli­we z woże­nia tury­stów na co wska­zy­wa­ło ich momen­ta­mi agre­syw­ne zacho­wa­nie.  To prze­ko­na­ło dzie­ci, że poszu­ka­my w dal­szej podró­ży bar­dziej war­to­ścio­we­go miej­sca na pozna­nie sło­ni a może nawet prze­jażdż­kę. Opie­ku­ni zwie­rząt oczy­wi­ście zaga­nia­li tury­stów oraz  prze­ko­ny­wa­li jak mogli do wyda­nia pie­nię­dzy i nie­ste­ty część tury­stów korzy­sta­ła z atrak­cji.

Wyciecz­ka do Boro­bu­dur i Jogji dobie­gła koń­ca. Zmę­cze­ni tym dniem i peł­ni wra­żeń wró­ci­li­śmy do hote­lu. Czy było war­to zerwać się o świ­cie  … naszym zda­niem tak 😊.