A wszyst­ko zaczę­ło się tak:
Koło naszej kana­py leżą albu­my ze zdję­cia­mi z podró­ży. Przed snem czę­sto prze­glą­da­my je z dzieć­mi. Jed­no z ich ulu­bio­nych zdjęć przed­sta­wia Suma­trę (któ­rą zachwy­cał się Paweł w cza­sie swo­ich wcze­śniej­szych podró­ży), a kon­kret­nie oran­gu­ta­ny.
Spo­tka­nie z oran­gu­ta­na­mi było jed­nym z marzeń Poli i Micha­ła, któ­re chcie­li­śmy speł­nić pod­czas podró­ży do Azji. Dla­te­go w naszym har­mo­no­gra­mie zna­la­zła się wizy­ta w Bukit Lawang — naj­więk­szym natu­ral­nym rezer­wa­cie oran­gu­ta­nów suma­trzań­skich, poło­żo­nym w Par­ku Naro­do­wym Gunung Leu­ser.

Atrak­cje Bukit Lawang
Jed­ną z naj­więk­szych atrak­cji Bukit Lawang jest obser­wo­wa­nie oran­gu­ta­nów i trek­king po dżun­gli. W wio­sce moż­na wyna­jąć prze­wod­ni­ka, któ­ry chęt­nie popro­wa­dzi gru­pę tury­stów na kil­ku­dnio­wą wypra­wę do praw­dzi­we­go dzie­wi­cze­go lasu, w któ­rym poza wol­no żyją­cy­mi oran­gu­ta­na­mi moż­na spo­tkać rów­nież maka­ki i inne zwie­rzę­ta. Wypra­wy, w zależ­no­ści od wybra­nej tra­sy, trwa­ją od dwóch do nawet kil­ku­na­stu dni. Powrót odby­wa się czę­sto rze­ką, na nadmu­cha­nych dęt­kach; tubing jest przy­go­dą samą w sobie.
Bukit Lawang przy­cią­ga wie­lu tury­stów i lokal­nych miesz­kań­ców, któ­rzy przy­jeż­dża­ją cały­mi rodzi­na­mi z Meda­nu, szcze­gól­nie w week­en­dy i świę­ta. Mówi się, że tury­ści przy­jeż­dża­ją do Bukit Lawang, by oglą­dać oran­gu­ta­ny, a „tubyl­cy” — oglą­dać tury­stów😉.

Mafia kie­row­ców i naga­nia­czy
Prze­jazd mini­bu­sem z Meda­nu, sto­li­cy Suma­try, zaj­mu­je 3–4 godzi­ny. Dwo­rzec w Meda­nie jest zna­ny z agre­syw­ne­go zacho­wa­nia naga­nia­czy i kie­row­ców zwa­nych jako „mafia”. Jeste­śmy zapra­wie­ni w nego­cja­cjach ze wszel­kiej maści kie­row­ca­mi ale pierw­szy raz w życiu chcia­ło mi się pła­kać z powo­du bez­sil­no­ści, ludz­kiej pod­ło­ści i chę­ci „wycią­gnię­cia kasy od tury­sty za prze­jazd”. Przed podró­żą zapy­ta­li­śmy miej­sco­wych, ile kosz­tu­je bilet z Meda­nu do Bukit Lawang. Nor­mal­na cena to oko­ło 50 tysię­cy rupii za oso­bę (dzie­ci za dar­mo), tym­cza­sem naga­nia­cze żąda­li 400 tysię­cy rupii (oko­ło 120 zł) za oso­bę!!! A do poko­na­nia mie­li­śmy zale­d­wie 86 km. Byli­śmy świa­do­mi, że kie­row­ca busa i naga­niacz chcie­li nas oszu­kać na cenie bile­tu. A my tak łatwo się nie pod­da­je­my. Nego­cja­cje, a raczej pokrzy­ki­wa­nia, trwa­ły dobre pół godzi­ny, aż cały bus zapeł­nił się w tym cza­sie ludź­mi. Miej­sca w mini­bu­sie zaj­mo­wa­li głów­nie miej­sco­wi i tyl­ko nasza czwór­ka „bia­ła­sów”. Doszli­śmy w koń­cu do poro­zu­mie­nia, zbi­li­śmy cenę, ale kosz­to­wa­ło nas to spo­ro ner­wów.

Jaz­da bez trzy­man­ki
Jakość dróg na Suma­trze jest bar­dzo kiep­ska. Poko­na­nie 100 kilo­me­trów potra­fi zająć 5 godzin i to pod warun­kiem, że ostat­nio nie pada­ło zbyt inten­syw­nie. Podró­żo­wa­li­śmy wie­czo­rem zapcha­nym do gra­nic moż­li­wo­ści busem, z dzieć­mi na kola­nach. Dro­ga była okrop­na, co chwi­lę wpa­da­li­śmy w dziu­ry – wybi­ja­jąc sobie pra­wie zęby; doku­cza­ło nam też zmę­cze­nie. Dro­ga sta­wa­ła się coraz węż­sza, coraz bar­dziej dziu­ra­wa, lecz cały czas tak samo zatło­czo­na. Kie­row­cy widać bar­dzo się śpie­szy­ło i z tego powo­du, mimo dziur wiel­ko­ści mor­skie­go żół­wia non stop wyprze­dzał pojaz­dy przed sobą, wyjeż­dża­jąc na pas ruchu w prze­ciw­le­głą stro­nę, trą­biąc i świe­cąc dłu­gi­mi na sku­te­ry jadą­ce z naprze­ciw­ka.

most

Przej­ście przez most

Doje­cha­li­śmy w nocy do wio­ski. Nie mie­li­śmy zare­zer­wo­wa­ne­go noc­le­gu, ale uda­ło nam się zna­leźć bar­dzo przy­jem­ny pen­sjo­nat, do któ­re­go moż­na dostać się, prze­cho­dząc przez wiszą­cy i buja­ją­cy się most. Kil­ka desek, sze­ro­kich na metr, roz­wie­szo­nych na linach nad rze­ką. Przej­ście na dru­gą stro­nę takie­go niby mostu z 2 ple­ca­ka­mi na sobie (małym z przo­du i dużym na ple­cach) i jesz­cze z marud­ny­mi i śpią­cy­mi na sto­ją­co dzieć­mi było już przy­go­dą samą w sobie.
Wła­ści­cie­le pen­sjo­na­tu – mał­żeń­stwo w śred­nim wie­ku — chęt­nie inte­gro­wa­li się z gość­mi, spę­dza­jąc na roz­mo­wach dłu­gie wie­czo­ry. Gospo­dy­ni, nazy­wa­na przez wszyst­kich Mamą, świet­nie goto­wa­ła; kuch­nia indo­ne­zyj­ska w jej wyko­na­niu zjed­ny­wa­ła sobie nie­jed­ne­go wiel­bi­cie­la. Nasze ulu­bio­ne dania to wszyst­kie kom­bi­na­cje maka­ro­nu jak z zup­ki chiń­skiej lub ryż z mię­sem, warzy­wa­mi i jaj­kiem sadzo­nym. Pola i Michał wyjąt­ko­wo upodo­ba­li sobie na śnia­da­nie nale­śni­ki z cze­ko­la­dą lub bana­na­mi i świe­żo star­ty­mi wiór­ka­mi z koko­sa. Nie­bo w gębie😊.

Powódź w Bukit Lawang

Pod­czas wie­czo­rów z Mamą wysłu­cha­łam wzru­sza­ją­cej histo­rii jej rodzi­ny o wiel­kiej tra­ge­dii, jaką wyrzą­dzi­ła im powódź w 2003 r. W wyni­ku kil­ku­dnio­wej ule­wy doszło w Bukit Lawang do powo­dzi, gdy wez­bra­ne wody rze­ki Boho­rok zde­wa­sto­wa­ły całą wio­skę, zabi­ja­jąc oko­ło 400 osób, nisz­cząc 8 mostów i 300 budyn­ków.
W wyni­ku powo­dzi dzia­łal­ność zakoń­czy­ło rów­nież Cen­trum Reha­bi­li­ta­cji Oran­gu­ta­nów, któ­re­go celem było zacho­wa­nie popu­la­cji oran­gu­ta­nów, male­ją­cej z powo­du polo­wań, han­dlu i wyle­sia­nia. Bukit Lawang do dziś nie odbu­do­wa­no w peł­ni. Pomi­mo zakoń­cze­nia dzia­łal­no­ści ośrod­ka reha­bi­li­ta­cyj­ne­go straż­ni­cy par­ku naro­do­we­go dwa razy dzien­nie dokar­mia­ją pół­dzi­kie oran­gu­ta­ny. Stąd też przy­zwy­cza­je­nie tych zwie­rząt do ludzi i ich obec­ność w oko­li­cach wio­ski.
W powo­dzi Mama stra­ci­ła męża i musia­ła zacząć życie od nowa. Wyszła ponow­nie za mąż – za obec­ne­go wła­ści­cie­la pen­sjo­na­tu. To było aran­żo­wa­ne mał­żeń­stwo. Pań­stwo docze­ka­li się trój­ki potom­stwa, któ­re stu­dio­wa­ło w innym mie­ście. Wzię­li pod opie­kę bra­ta­ni­cę, 10-let­nią Gadys, któ­ra chęt­nie bawi­ła się z Polą i Micha­łem. Dziew­czyn­ka nie mówi­ła po angiel­sku, co nie prze­szka­dza­ło dzie­ciom w zaba­wie, grze w Uno i poszu­ki­wa­niach małych kot­ków na tere­nie pen­sjo­na­tu.

Zło­dzie­ja­szek na tara­sie
O poran­ku obu­dził nas gło­śny hałas bum bum bum … zamar­li­śmy… czyż­by tro­pi­kal­na burza? Eee to tyl­ko ska­czą­ce po bla­sza­nym dach pen­sjo­na­tu sta­do maka­ków, któ­re szu­ka­ły poży­wie­nia w koszach na śmie­ci. Gospo­da­rze nie wal­czy­li ze zwie­rzę­ta­mi i pozwa­la­li im buszo­wać, już daw­no uzna­li że nie wygra­ją tej wal­ki.

hotel
maka­ki w naszym hote­lu szu­ka­ją jedze­nia w koszach na śmie­ci

Po smacz­nym śnia­da­niu wybra­li­śmy się na spa­cer po oko­li­cy. Wio­ska znaj­do­wa­ła się w środ­ku lasu tro­pi­kal­ne­go, stąd wzmo­gli­śmy czuj­ność, kie­dy natknę­li­śmy się na tere­nie pen­sjo­na­tu na małe­go węża. Gdy­by nie refleks Paw­ła, dzie­ci nadep­nę­ły by na gada. Na szczę­ście wąż szyb­ko uciekł, a nas cze­ka­ło przej­ście przez opi­sy­wa­ny wiszą­cy most, na któ­rym dopie­ro rano przy świe­tle dzien­nym zoba­czy­li­śmy umiesz­czo­ną tablicz­kę, że wytrzy­mu­je cię­żar mak­sy­mal­nie czte­rech osób (o naszych dodat­ko­wych ple­ca­kach nie było mowy 😊. Po prze­do­sta­niu się na dru­gą stro­nę rze­ki zna­leź­li­śmy się w środ­ku wio­ski, gdzie było dużo sto­isk z ciu­cha­mi i pamiąt­ka­mi, hote­le, restau­ra­cje. Ludzie są ogrom­nie życz­li­wi, ser­decz­ni, rodzin­ni, przyj­mu­ją obcych z otwar­ty­mi ramio­na­mi. Warun­ki, w jakich żyją, są cza­sa­mi pry­mi­tyw­ne: spa­nie na macie z bam­bu­sa, łazien­ka w rzecz­ce, toa­le­ta pod drzew­kiem. Bukit Lawang to świet­ne miej­sce do odpo­czyn­ku od zgieł­ku i pędu nowo­cze­sne­go świa­ta co zachę­ci­ło do osie­dle­nia kil­ku naszych zaprzy­jaź­nio­nych Euro­pej­czy­ków.

Gwiaz­dy fil­mo­we czy­li “bia­ła­sy” w Bukit Lawang
W wio­sce zauwa­ży­li­śmy, że budzi­my wśród Indo­ne­zyj­czy­ków spo­re zain­te­re­so­wa­nie, rzad­ko widu­ją tam euro­pej­skie dzie­ci. Milion uśmie­chów, mnó­stwo spoj­rzeń i nie­ustan­ne „Hel­lo Mister” lub „Hel­lo Madam”. Zain­te­re­so­wa­nie miej­sco­wych towa­rzy­szy­ło nam do koń­ca tygo­dnio­we­go poby­tu w Bukit Lawang. Po kil­ku minu­tach mie­li­śmy wra­że­nie, jak­by­śmy byli co naj­mniej dobrze roz­po­zna­wal­ny­mi gwiaz­da­mi fil­mo­wy­mi. Tro­chę męczą­ce, ale też tro­chę miłe. W kolej­ne dni pro­szo­no nas o moż­li­wość zro­bie­nia wspól­ne­go zdję­cia lub roz­mo­wy.

Figle nad rze­ka Boho­rok
rzeka BohorokWio­ska spra­wia nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie. Ma swój urok i kli­mat, może dzię­ki temu, że nie natra­fi­li­śmy na tłu­my tury­stów. Nad rze­ką kobie­ty robi­ły pra­nie, myły naczy­nia i garn­ki. Kąpa­ły się w niej nagie dzie­cia­ki, któ­re trak­to­wa­ły ją jak plac zabaw. Nie zauwa­ży­li­śmy żad­nej doro­słej oso­by, któ­ra nad­zo­ro­wa­ła­by figle dzie­ci…
Pola i Michał na widok rze­ki i ska­czą­cych dzie­ci rów­nież rwa­li się do kąpie­li, więc czym prę­dzej speł­ni­li­śmy ich proś­bę. Jed­no­cze­śnie prze­ko­na­li­śmy się, jak sil­ny był nurt rze­ki i byli­śmy pod wra­że­niem, jak miej­sco­we dzie­cia­ki świet­nie pły­wa­ły i nur­ko­wa­ły. Resz­tę dnia spę­dzi­li­śmy na zwie­dza­niu oko­li­cy, wąwo­zu rze­ki i kąpie­li w Boho­rok i malow­ni­czo poło­żo­nym pobli­skim wodo­spa­dzie.

Muzycz­ny wie­czór w pen­sjo­na­cie
dzieci grają w UnoWie­czo­rem zosta­li­śmy w naszym pen­sjo­na­cie i zamó­wi­li­śmy kola­cję u Mamy. Pozna­li­śmy wte­dy Szwaj­car­kę Edith sta­łą bywal­czy­nię z nasze­go pen­sjo­na­tu, któ­ra zapro­po­no­wa­ła nam, by następ­ne­go dnia wybrać się z nią na trek­king do lasu tro­pi­kal­ne­go. Syn Edith budo­wał dom w dzi­czy tro­pi­kal­nej i Edit chcia­ła zoba­czyć postę­py w budo­wie i przy oka­zji poka­zać nam oko­li­ce. Z entu­zja­zmem zgo­dzi­li­śmy się na pro­po­zy­cję wspól­nej wypra­wy. Wie­czór zro­bił się bar­dzo miły, gdyż miej­sco­wy mło­dy chło­pak zaczął grać na gita­rze. Pola z Micha­łem bawi­li się z Gadys, a nas pochło­nę­ła roz­mo­wa ze Szwaj­car­ką na temat daw­nych podró­ży i cie­ka­wych miejsc. Pano­wa­ła cudow­na i nie­zwy­kła atmos­fe­ra. To była jed­na z tych chwil w życiu, któ­ra na zawsze pozo­sta­nie w naszej pamię­ci: wspo­mnie­nie praw­dzi­we­go szczę­ścia. Wie­czór upły­nął nam na śpie­wach z miej­sco­wy­mi, jed­nak musie­li­śmy iść wcze­śnie spać, by mieć siły na trek­king. Zapo­wia­da­ła się cie­ka­wa przy­go­da.

dzieci nad rzekąTrek­king do lasu tro­pi­kal­ne­go
Punk­tu­al­nie o 7:00 rano sta­wi­li­śmy się przed pen­sjo­na­tem goto­wi na wypra­wę. Na nogach mie­li­śmy wygod­ne obu­wie, dłu­gie ręka­wy (mia­ły chro­nić przed pogry­zie­nia­mi i podra­pa­nia­mi), czap­ki z dasz­kiem, repe­len­ty prze­ciw koma­rom i owa­dom, pro­wiant z wodą. Wyspa­ni, przy­go­to­wa­ni i roz­e­mo­cjo­no­wa­ni ruszy­li­śmy na spo­tka­nie z przy­ro­dą. W skład naszej wyciecz­ki wcho­dzi­ła nasza czwór­ka, Edith, kole­żan­ka dzie­ci, Gadys i prze­wod­nik Aris – mło­dy chło­pak, któ­ry oka­zał się bar­dzo pomoc­ny. Zapa­ko­wa­li­śmy zamó­wio­ny uprzed­nio pro­wiant i w dro­gę.
Dotar­li­śmy w koń­cu do domu w pobli­żu lasu tro­pi­kal­ne­go. Do tego było gorą­co i potwor­na wil­got­ność. Dom znaj­do­wał się w uro­kli­wym miej­scu nad rze­ką. Prze­bra­li­śmy się w stro­je kąpie­lo­we i wyzna­czy­li­śmy dzie­ciom bez­piecz­ne miej­sce z kamie­nia­mi i płyt­ką wodą. W innych miej­scach nurt rze­ki był tak sil­ny, że nawet doro­sła oso­ba mia­ła­by pro­blem z utrzy­ma­niem się na wodzie, a co dopie­ro dziec­ko.

Zło­dzie­ja­szek na lia­nie
Pomi­mo szu­mu rze­ki w pew­nym momen­cie usły­sze­li­śmy krzyk po dru­giej stro­nie rze­ki. Oka­za­ło się, że oran­gu­tan sie­dzą­cy skra­da­ją­cy się na lia­nie zabrał tury­ście ple­cak. Miej­sco­wi nęci­li oran­gu­ta­na bana­na­mi w zamian za ple­cak, ale zwie­rzak bar­dziej był zain­te­re­so­wa­ny zawar­to­ścią ple­ca­ka. Zaj­rzał więc do środ­ka, wyjął i zjadł kanap­kę, odkrę­cił zęba­mi i łapa­mi butel­kę, wypił wodę, a jej koń­ców­kę wylał. Pierw­szy raz widzie­li­śmy jak dzi­kie zwie­rzę samo odkrę­ca samo butel­kę. WOW! Następ­nie zszedł po kolej­ne bana­ny i wte­dy prze­wod­ni­ko­wi uda­ło się wyrwać ple­cak.
Paw­ło­wi i Micha­ło­wi uda­ło się nie bez tru­du i pomo­cy miej­sco­wych prze­pra­wić przez bystrą rze­kę. Przez godzi­nę obser­wo­wa­li i kar­mi­li z bli­ska oran­gu­ta­na. Wró­ci­li roz­e­mo­cjo­no­wa­li i szczę­śli­wi z pierw­sze­go i tak bli­skie­go spo­tka­nia z oran­gu­ta­nem.

 orangutan    

Nagle zgłod­nie­li­śmy, więc w ruch poszły zapa­sy bana­nów i ana­na­sów. Aris od pół godzi­ny pró­bo­wał roz­pa­lić ogni­sko, co nie było łatwe. Nie mógł zna­leźć suche­go drew­na, po noc­nej burzy, więc roz­pa­lał ogni­sko papier­ka­mi po ciast­kach. W koń­cu uda­ło się; kur­czak, umy­ty w rze­ce, piekł się na ogni­sku.
kamieńPola i Michał w tym cza­sie pięk­nie bawi­li się z Gadys. Dziew­czyn­ka w pew­nym momen­cie zanur­ko­wa­ła po spe­cjal­ne kamie­nie i poka­za­ła dzie­ciom, że moż­na nim malo­wać jak kre­dą po mokrych gła­zach. I nagle w kil­ka minut więk­szość kamie­ni zosta­ła poma­lo­wa­na. Gadys poro­zu­mie­wa­ła się z Ari­sem w swo­im języ­ku, a z nami na migi. Dzie­ci chla­pa­ły się w wodzie i widać było, że to dla nich szczę­śli­wy dzień. Dla nas też, bo widzie­li­śmy rado­sne buzie dzie­ci.
to nie­sa­mo­wi­te prze­ży­cie. Pod­ska­ki­wa­li, pod­rzu­ca­ni na fali Spo­ra­dycz­nie widzie­li­śmy tury­stów pły­wa­ją­cych na potęż­nych dęt­kach, głów­nie mło­dych ludzi. To bar­dzo popu­lar­ny śro­dek trans­por­tu na powrót z trek­kin­gu. Kil­ka dętek jest zwią­za­nych ze sobą na kształt „węża”. Tury­ści są ulo­ko­wa­ni w środ­ku, a prze­wod­ni­cy sie­dzą na pierw­szej i ostat­niej dęt­ce, wypo­sa­że­ni w potęż­ne bam­bu­so­we kije, któ­ry­mi ste­ru­ją i uni­ka­ją wywrot­ki na kamie­niach wysta­ją­cych z nur­tu. Z pew­no­ścią dla tury­stów było do góry, obi­ja­li sobie pupy o pod­wod­ne kamie­nie. Cie­ka­we, czy sie­dzą­ce na drze­wach oran­gu­ta­ny mia­ły z nich ubaw.

Kur­czę pie­czo­ne
Aris dał znak, że kur­czak jest już upie­czo­ny, więc zapra­sza na obiad poda­ny na liściu bana­now­ca. Jedli­śmy sie­dząc na kamie­niach na brze­gu rze­ki, Na deser zje­dli­śmy fan­ta­zyj­nie pokro­jo­ne­go ana­na­sa. A Michał po raz kolej­ny wyka­zał się kre­atyw­no­ścią zamie­nia­jąc skór­ki ana­na­sa w łód­ki, nawet dziew­czyn­ki dołą­czy­ły do wyści­gów.
Naje­dze­ni, z ple­ca­kiem wra­żeń, wra­ca­li­śmy ścież­ką, w dole szu­mia­ła rze­ka, chla­pa­ła woda. Co chwi­lę mija­li­śmy więk­sze lub mniej­sze wodo­spa­dy , jeden ład­niej­szy od dru­gie­go. Dzień był bar­dzo uda­ny.

rozpalanie ogniska  prowiant

Trek­king do Rezer­wa­tu Oran­gu­ta­nów
Kolej­ny pora­nek powi­tał nas słoń­cem. O 5:00 rano, przy­go­to­wa­ni na spo­tka­nie z oran­gu­ta­na­mi i wybra­li­śmy się z Ari­sem, i jego kuzy­nem do Par­ku Naro­do­we­go Gunung Leu­ser, aby wytro­pić wol­no żyją­ce oran­gu­ta­ny. Kie­dyś Suma­tra była w cało­ści pokry­ta gęstą dżun­glą, dziś nie­ste­ty w znacz­nym stop­niu wykar­czo­wa­ną, by zro­bić miej­sce pod plan­ta­cje i pola upraw­ne. Plan­ta­cje pal­my ole­istej i kau­czu­ku roz­ra­sta­ją się w zastra­sza­ją­cym tem­pie.
Eko­sys­tem Gunung Leu­ser jest ostat­nim miej­scem na Zie­mi, gdzie oran­gu­ta­ny, tygry­sy, sło­nie, noso­roż­ce i leopar­dy żyją razem. To 25 mln hek­ta­rów dzie­wi­cze­go i nie­tknię­te­go lasu rów­ni­ko­we­go z całą róż­no­rod­no­ścią flo­ry i fau­ny wystę­pu­ją­cej w róż­nych pię­trach lasu od nad­mor­skich tere­nów bagien­nych przez las wła­ści­wy aż do wyso­ko­gór­skich.

orangutanAris uprze­dził nas, że może zda­rzyć się, że nie spo­tka­my oran­gu­ta­na. A my na to: Jak to? Tyle kilo­me­trów poko­na­li­śmy, dzie­ci nam nie daru­ją! Już po oko­ło pół godzi­ny poszu­ki­wań uda­ło nam się z pomo­cą naszych prze­wod­ni­ków wypa­trzeć wyso­ko w koro­nie drzew dwa oran­gu­ta­ny. To była mama z syn­kiem. Sami­ca bacz­nie nam się przy­glą­da­ła. Aris powie­dział, że musi­my zacho­wy­wać się łagod­nie, bez gwał­tow­nych ruchów bo sami­ca cały czas obser­wu­je swo­je dziec­ko. Wyjął z ple­ca­ka bana­ny, na widok któ­rych sami­ca zeszła na dół, dzię­ki cze­mu mogli­śmy tro­chę popa­trzeć, dotknąć i zro­bić zdję­cia. Mały oran­gu­tan (oko­ło 2,5 roku) zacho­wy­wał się zabaw­nie, popi­sy­wał się. Musie­li­śmy zacho­wać ostroż­ność i trzy­mać moc­no swo­je rze­czy, gdyż zwie­rza­ki lubią zdej­mo­wać ludziom oku­la­ry z nosa, wyry­wać z rąk ple­ca­ki i apa­ra­ty foto­gra­ficz­ne. Nasi prze­wod­ni­cy zna­li tę sami­cę z małym, wie­dzie­li, że sami­ca nie jest agre­syw­na, więc pomo­gli Poli i Micha­ło­wi nakar­mić małe­go oran­gu­ta­na. Mały oran­gu­tan był w swo­im żywio­le, zjeż­dżał po drze­wie wprost na nos Paw­ła. Pola mogła na chwi­lę dotknąć sier­ści małe­go oran­gu­ta­na i stwier­dzi­ła, że w doty­ku przy­po­mi­na wło­sy naszej bab­ci😊.
Sami­ca w pew­nym momen­cie zeszła na zie­mię po bana­ny, a gdy nasze zapa­sy skoń­czy­ły się, nie dowie­rza­ła, że owo­ców już nie ma. Strze­li­ła więc focha obra­żo­na, zabra­ła swo­je­go syn­ka i wró­ci­ła na drze­wo. Wyco­fy­wa­li­śmy się ostroż­nie. Pola i Michał, prze­ję­ci spo­tka­niem z oran­gu­ta­na­mi, roz­ga­da­li się na dobre; buzie nie zamy­ka­ły im się aż do wyj­ścia z rezer­wa­tu.

orangutany      dzieci z orangutanem

karmienie orangutana   mały orangutan

Czu­li­śmy nie­do­syt, więc wybra­li­śmy się jesz­cze tego dnia do Bat Cave, czy­li jaski­ni nie­to­pe­rzy. Szlak do niej wie­dzie przez cie­ka­we tere­ny. Potem weszli­śmy w las kau­czu­ko­wy, oglą­da­jąc z bli­sko plan­ta­cję kau­czu­kow­ca i zbie­ra­ne w misecz­ki mlecz­ko, póź­niej prze­twa­rza­ne na lateks. Przez wie­le lat była to głów­na rośli­na upraw­na na tych tere­nach, wypar­ta przez pal­mę ole­jo­wą. Upra­wa kau­czu­ku wyma­ga zbio­ru ście­ka­ją­ce­go mlecz­ka każ­de­go ran­ka i wie­czo­ru (pozo­sta­wio­ne na dłuż­szy czas zasy­cha, śmier­dzi i prze­sta­je się nada­wać do dal­szej obrób­ki, na miej­sco­wym tar­gu sprze­da­ją sucha masę kau­czu­ko­wą w for­mie i wiel­ko­ści pusta­ków za przy­sło­wio­we gro­sze). Zaś owo­ce pal­my ole­jo­wej rosną bar­dzo szyb­ko, przy­no­sząc więk­szy dochód. Nie­ste­ty, na wyspie wypa­la się dla­te­go natu­ral­ne lasy, by zyskać zie­mię pod upra­wę pal­my; ginie dżun­gla, a wraz z nią uni­kal­ne zwie­rzę­ta.

plantacja kauczuku  kauczukowiec

Kolej­ny dzień pełen przy­gód zaspo­ko­ił nasze ocze­ki­wa­nia. Widzie­li­śmy nie­sa­mo­wi­tą, tęt­nią­cą życiem przy­ro­dę. Wszyst­ko wyda­wa­ło się potęż­ne: drze­wa, zwie­rzę­ta, nawet owa­dy. Chcie­li­by­śmy tam kie­dyś jesz­cze wró­cić.

W Bukit Lawang spę­dzi­li­śmy kil­ka cudow­nych dni. Pole­ca­my Wam to miej­sce, gdyż to jed­no z naj­cie­kaw­szych i rzad­ko odwie­dza­nych przez tury­stów w Indo­ne­zji. Jak­by ktoś z Was wybie­rał się do Bukit Lawang to daj­cie znać … pomo­że­my zor­ga­ni­zo­wać 😊.