Prze­dzie­ra­li­śmy się przez gęste zaro­śla. Wygod­ne, super-duper odpo­wied­nie do pie­szych wędró­wek san­da­ły jeź­dzi­ły po bło­cie nic sobie nie robiąc z zapew­nień pro­du­cen­ta o przy­czep­nych pode­szwach. Przed każ­dym kro­kiem ana­li­zo­wa­łam pod­ło­że usi­łu­jąc unik­nąć ostrych i nie­sta­bil­nych kamie­ni. Mokre gałę­zie chla­sta­ły mnie po twa­rzy, a owa­dzia brać śmia­ła mi się w twarz, gdy kolej­ny raz pry­ska­łam się repe­len­tem prze­ciw koma­rom. Klę­łam, głów­nie w duchu a tyl­ko cza­sem na głos, tłu­ma­cząc sobie nie­zbyt prze­ko­nu­ją­co, że przy dzie­ciach trze­ba być przede wszyst­kim auten­tycz­nym.

Na koń­cu tej dro­gi przez mękę cze­kał na mnie pięk­ny wodo­spad. Ima­gi­no­wa­łam go sobie wytrwa­le, żeby nie obró­cić się w miej­scu i nie zarzą­dzić odwro­tu do wio­ski. Kaska­dy przej­rzy­stej wody spa­da­ją­ce z nagich skał. Szum wody zagłu­sza­ją­cy brzę­cze­nie owa­dów. Deli­kat­na mgieł­ka osia­da­ją­ca na mojej twa­rzy…

- Mamo!

Lazu­ro­wa woda…

-Mamo!

-No co?!

-Patrz jaki faj­ny patyk zna­la­złam!

Patyk zna­la­zła. W lesie. No wiel­ka heca rze­czy­wi­ście. Gdzie ten wodo­spad?! Tak wte­dy sobie myśla­łam. Wście­kła byłam. Wte­dy. I zmę­czo­na do gra­nic.

Już po powro­cie, w domu, oglą­da­łam zdję­cia i wspo­mi­na­łam. I dotar­ło do mnie. Dotar­ło do mnie, ile mnie omi­nę­ło po dro­dze do tego wodo­spa­du. Jakie nie­sa­mo­wi­te kształ­ty mia­ły nie­któ­re liście! I jakie były wiel­kie! Jak te kamie­nie błysz­cza­ły w słoń­cu, jak bry­lan­ty! Napraw­dę mija­łam to wszyst­ko? Prze­szłam obok w tę i z powro­tem i nie widzia­łam tego.

Dzie­ci widzia­ły. Każ­dy szcze­gół, każ­dy ele­ment. I pomy­śla­łam sobie, gdzie jest to moje wewnętrz­ne dziec­ko?

wodospad Tadlo
wodo­spad Tadlo, Laos

Lek­cja 1: Cie­ka­wość

Jak to się dzie­je, że z wie­kiem coraz mniej zachwy­ca­my się świa­tem? Wszyst­ko bie­rze­my za pew­nik, wie­le mamy za nic. To nie jest do koń­ca tak, że sta­je­my się zbla­zo­wa­ni, choć może to tro­chę też. Przede wszyst­kim jed­nak z wie­kiem przyj­mu­je­my coraz więk­szą odpo­wie­dzial­ność. Za ście­le­nie łóż­ka, sprzą­ta­nie poko­ju, odra­bia­nie lek­cji, pako­wa­nie ple­ca­ka, pako­wa­nie zmy­war­ki, wypro­wa­dza­nie psa, zna­le­zie­nie dobrej pra­cy, pła­ce­nie rachun­ków, przy­go­to­wa­nie dzie­ci do szko­ły… Mamy tyle do zro­bie­nia, tyle do prze­my­śle­nia! Nasz mózg uczy się nie zwra­cać uwa­gi na to co „nie­istot­ne”.

Z dzieć­mi jest ina­czej. Dla nich wszyst­ko jest nowe, dopie­ro pozna­ją świat. Pierw­szy raz widzą patyk w kształ­cie haka, kamień w kształ­cie ser­ca, kału­żę głę­bo­ką do pół łyd­ki. Wszyst­ko je cie­ka­wi, intry­gu­je, zachwy­ca.

Ja już z tego wyro­słam. Tyle rze­czy znam, tyle miejsc widzia­łam. Pięk­ne są. Ale mnie już nie zadzi­wia­ją. Chcę odzy­skać tę cie­ka­wość. Pra­cu­ję nad tym w dro­dze na pociąg, pijąc her­ba­tę w ogro­dzie, słu­cha­jąc muzy­ki, sma­ku­jąc owo­ce. Przy­glą­dam się i pod­wa­żam, pozna­ję je od nowa.

Bukit Lawang, Laos

Lek­cja 2: Ufność

Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś, dla­cze­go w kół­ko powta­rza­my dzie­ciom, żeby nie ufa­ły nie­zna­jo­mym, że nie wol­no im nigdzie odejść z nie­zna­jo­mym? No tak, dla­te­go że na świe­cie są źli ludzie, któ­rzy mogli­by je skrzyw­dzić. Oczy­wi­ście, bar­dziej niż cze­go­kol­wiek inne­go chce­my chro­nić nasze dzie­ci. Ale dla­cze­go musi­my im to tyle razy powta­rzać, pusz­czać spo­ty edu­ka­cyj­ne, robić poga­dan­ki?

Ano dla­te­go, że dzie­ci ufa­ją. Zwy­czaj­nie i po pro­stu. Każ­dy uśmiech bio­rą za dobrą mone­tę. Nie doszu­ku­ją się sar­ka­zmu w kom­ple­men­tach, złych zamia­rów w zapro­sze­niu, prze­mo­cy w wycią­gnię­tej dło­ni. Przyj­mu­ją ludzi taki­mi, jakich ich widzą. Ta ufność, choć groź­na dla nich samych, jest też pięk­na w swej pro­sto­cie.

W cza­sie naszych podró­ży obser­wu­ję Micha­ła, któ­ry przy­sia­da się do nie­zna­jo­mych i zaga­du­je ich. Przy­bi­ja piąt­ki i wymie­nia uści­ski dło­ni. Odbie­ga z nowo pozna­nym rówie­śni­kiem. Pil­nu­ję go. Strze­gę cały czas. A po cichu mu zazdrosz­czę.

Nie nama­wiam Was, żeby­ście prze­sta­li uczyć dzie­ci zasad bez­pie­czeń­stwa. Ale uczmy się też od naszych dzie­ci wia­ry w ludzi. I następ­nym, gdy ktoś zawo­ła za Wami na uli­cy „prze­pra­szam! Czy…?”, nie ucie­kaj­cie, gdzie pieprz rośnie, zakła­da­jąc, że na pew­no chce Wam coś sprze­dać 🙂

Pola i Michał z Moha­me­dem — prze­wod­ni­kiem, po spo­tka­niu z szym­pan­sa­mi, Ugan­da

Lek­cja 3: Marze­nia

Pola mówi, że chcia­ła­by zostać nauczy­ciel­ką, przed­szko­lan­ką lub wete­ry­na­rzem. Micha­ło­wi marzy się karie­ra w dru­ży­nie pił­kar­skiej.

Pola, czy Ty wiesz ile zara­bia nauczy­ciel? Z cze­go będziesz rachun­ki pła­cić?”

Synu, mało kto dosta­je się do eks­tra­kla­sy. Mar­ne szan­se…”

Tak sobie myślę cza­sa­mi. Ale nie mówię im tego. Bo moje dzie­ci potra­fią wię­cej niż ja. Potra­fią wie­rzyć w speł­nie­nie swo­ich marzeń. Wycho­dzą z pro­ste­go zało­że­nia, że sko­ro mogą o tym marzyć, to mogą to też osią­gnąć.

I wie­cie, co Wam powiem? Mają abso­lut­ną rację! Zgod­nie z zało­że­niem samo­speł­nia­ją­cej się prze­po­wied­ni, każ­dy z nas ma moc speł­nia­nia swo­ich marzeń. Wystar­czy, że ich speł­nie­nie uzna za pew­nik. Wte­dy nie będzie postę­po­wał tak, żeby uda­ło mu się osią­gnąć swój cel. On po pro­stu będzie szedł pew­nie po dro­dze, na koń­cu któ­rej ten cel się znaj­du­je.

O czym marzą afry­kań­skie dzie­ci?

Lek­cja 4: Dystans

Pamię­tam taki dzień, kie­dy bar­dzo spie­szy­łam się do pra­cy. Chy­ba tro­chę zaspa­łam. W bie­gu uma­lo­wa­łam się i ubra­łam, zro­bi­łam dzie­ciom kanap­ki.

- Ja chcia­łam płat­ki!- poskar­ży­ła się Pola.

- A ja tosty z mio­dem.- oświad­czył Michał.

I jesz­cze kubecz­ki były nie takie. Liczy­łam minu­ty, któ­re przez to stra­cę.

- Słu­chaj­cie, zjedz­cie pro­szę kanap­ki, nie mam już cza­su robić kolej­ne­go śnia­da­nia. Nie zdą­żę na pociąg!!!!

- Mamo, no ale jaki masz pro­blem? Jak nie zdą­żysz na pociąg to prze­cież przy­je­dzie następ­ny pociąg – stwier­dził Michał.

- To praw­da! Jed­nak wte­dy będę jesz­cze bar­dziej spóź­nio­na. A jak już będę już w biu­rze to prze­cho­dzę koło gabi­ne­tu dyrek­to­ra i on będzie widział, że się spóź­ni­łam do pra­cy.

- Mamo, prze­cież możesz prze­pro­sić dyrek­to­ra za spóź­nie­nie.

No tak. Prze­cież, że mogę. Spóź­niam się rzad­ko i dyrek­tor na pew­no to zro­zu­mie. Wszy­scy jeste­śmy ludź­mi i nie zawsze cho­dzi­my jak w zegar­ku. Wystar­czy, żeby­śmy byli bar­dziej wyro­zu­mia­li dla innych i dla sie­bie samych też 🙂

Dziec­ko w każ­dym z nas

Pau­lo Coe­lho powie­dział, że: „Dziec­ko może nau­czyć do­rosłych trzech rze­czy: cie­szyć się bez po­wodu, być cią­gle czymś zaję­tym i do­magać się – ze wszys­tkich sił – te­go, cze­go prag­nie.”

Patrzę na moje dzie­ci i na dzie­ci moich zna­jo­mych i wiem, że może­my nauczyć się od nich tego wszyst­kie­go i jesz­cze wię­cej. Chcę być bar­dziej jak one, pie­lę­gno­wać moje wewnętrz­ne dziec­ko, żeby nie zasnę­ło zbyt moc­no. Jak to zro­bić? Każ­dy z Was musi zna­leźć na to wła­sny spo­sób, ale podzie­lę się Wami moimi. Może i Wy podzie­li­cie się swo­imi pomy­sła­mi w komen­ta­rzach?

Ska­cze­my do góry jak kan­gu­ry, Pola, Michał i ja-mama

1. Ska­czę z rado­ści. Nie zasta­na­wiam się, co sąsie­dzi powie­dzą. Czę­sto ska­czę z dzieć­mi na tram­po­li­nie.

2. Wie­rzę w speł­nie­nie swo­ich marzeń. Nie wynaj­du­ję sobie wymó­wek. Zapi­su­ję marze­nie na kart­ce i pró­bu­ję je zre­ali­zo­wać.

3. Bawię się. Wygłu­piam. Śmie­ję się w głos nie oglą­da­jąc się na boki.

4. Rysu­ję, wyjeż­dża­jąc za linie, a nawet za kart­kę 😉

5. Zanu­rzam się w uczu­ciach. Kocham bez­wa­run­ko­wo i bez limi­tu.

6. Dbam o sie­bie. Znaj­du­ję czas na swo­je przy­jem­no­ści.

7. Docie­kam, pytam, jestem głod­na wie­dzy i uza­sad­nień.

Ja wiem, że nie macie cza­su. Że stu­dia, że pra­ca, że dzie­ci i dom. I pies w salo­nie nasi­kał, trze­ba posprzą­tać. Ale te dzie­ci cią­gle w Was są. Obudź­cie je cza­sem i pobaw­cie się z nimi. Zoba­czy­cie, że świat znów zacznie Was zaska­ki­wać. Do prze­czy­ta­nia Dzie­cia­ki 😉